Słoneczny poranek - środa. Udało mi się już dojść do siebie po ostatnim weekendzie, który obfitował w emocje i przygody. Sobota to Hard Dog Race, dlatego nie wystartowałam z Tajgą w Time Trial i Dog Dartbee. Niedziela należała już do nas!
Nigdy bym nie uwierzyła jeśli ktoś 3 lata temu albo nawet 2 lata temu powiedziałby mi, że będę z Tajgą startowała na Latających Psach. Wyśmiałabym go. Jak to? My? Amatorzy? Z kundlem? Przecież te zawody są zdominowane przez dwie rasy. A jednak! Marzenia się spełniają.
Cały sierpień minął nam na wizytach u weterynarzy - badania kontrolne, szczepienie, chipowanie, wyrabianie paszportu...
Zaskoczyła mnie pogoda. Prędzej spodziewałam się upału niż deszczowej i zimnej późnej jesieni, ale w sumie dla psa to lepiej - chłodzenie było zbędne. Dobrze, że wiatr nie szalał.
Sobota. Tajga w skupieniu oczekuje na swój start w ThrowNGo1. W oba dni była z nami fantastyczna smycz od Siriusa, która jest jednocześnie szarpakiem i nawet mając psa na smyczy możemy go nagradzać! (recenzja, zaraz po tym, jak ogarnę się z zaległymi recenzjami szarpaków). No i niezawodna obroża Classic Active od CRAZY DOG. Zdjęcia jakości tostera Ciekawe czy ktoś jakieś zdjęcie ze startów cyknął Tajdze - wątpię, ale może...? Nadzieja umiera ostatnia.
Pierwszego dnia deszcz nie dawał się aż tak bardzo we znaki, trochę ludzi było, ale w porównaniu z wcześniejszymi latami była zaledwie garstka. Startowałyśmy jakoś około godziny 12. W niedzielę padało od samego rana - nie było fajnie. Bałam się, żeby Tajga się nie poślizgnęła, na szczęście nic takiego nie miało miejsca. W niedziele byłyśmy na początku listy startowej Time Warp, około godziny 9 było po wszystkim - ludzie jeszcze spali. Oprócz zawodników, sędziów, organizatorów, rodzin i przyjaciół nie było chyba nikogo.
Tak Tajga czekała rano na autobus - pełne skupienie! Nowe, lekko ocieplane i wodoodporne buty z Decathlonu dały radę! W sobotę jak głupia pojechałam w adidasach... chyba nie muszę mówić, że miałam bajoro w butach
Jak nam poszło?
Po sobocie byłam lekko załamana... ThrowNGo1 51/78 - 16 pkt. Tajga jakoś nie mogła się skupić, oglądała się chwilę na telebimie (nie ma go w Kaputach na Dog Games) potem podglądała fotografów i sędziów w namiocie... Totalnie się takiego zwrotu akcji nie spodziewałam, bo sucz czuła się w tym roku na polu startowym jak ryba w wodzie i nie miała żadnych problemów ze skupieniem.
Mam jednak nauczkę i strategię na przyszłe starty w TNG
Byłam też strasznie rozchwiana, bo przed startem poszłam z Tajgą trochę pochodzić na smyczy i niestety znienacka, bez powodu, bez zaczepek ze strony Tajgi zaatakowała ją jakaś suka BC... Powtórka z rozrywki. Nie spodziewałam się, że ktoś mając psy z agresywnymi jazdami chodzi z nimi bez smyczy podczas zawodów, nie było to fajne. Całe szczęście nic się nie stało.
W nocy kiepsko spałam, ale miałam jakieś dziwne, dobre przeczucia. W końcu 3 rzuty do różnych stref i 4 rzut do 3 strefy miałyśmy opanowane do perfekcji podczas treningów. Time Warp 7/56 - 69.22 pkt. Gdyby nie drobne nieporozumienie między nami na samym początku i mój popsuty rzut do namiotu sędziów miałybyśmy jakieś 10 pkt więcej, schrzaniłam sprawę...
Jeśli jednak chodzi o Tajgę, to jestem z niej niesłychanie dumna! To najlepszy pies jakiego mogłam mieć! O tylu punktach nawet nie marzyłam. W ogóle boję się cokolwiek planować... Gdzieś z tyłu głowy ciągle siedzą czarne myśli i ten przeklęty czerniak Zamiast się cieszyć, to zbiera mi się na płacz, bo nie wiem ile mamy jeszcze czasu... Chciałabym o tym zapomnieć, żyć normalnie, ale nie potrafię. Zwłaszcza, że nikt nie da gwarancji, że będzie dobrze...
Dobra dość tych sentymentów! To pewnie wina pogody - za oknem zamiast ciepłego i słonecznego września hula wiatr, pada deszcz, jest ciemno i wszystko wskazuje na listopad...
Mnie zaskoczył mój stres, bo byłam pewna, że mam to już za sobą, że obyłam się ze startami. Tu chyba jednak doszło do mnie, że to trochę wyższe rangą zawody niż DG, że więcej ludzi zobaczy naszą ewentualną porażkę... Ale pierwsze koty za płoty! Jeśli zdrowie pozwoli to w planach jest komplet startów w przyszłorocznych LP
23 września z kolei czeka nas wielka przygoda życia, czyli Hard Dog Race Base Poland 6 km i 16 przeszkód. To wszystko dzięki wygranej w konkursie zorganizowanym przez Aplikację Dingdog, której dziękujemy raz jeszcze za takie wyróżnienie, którego się nie spodziewałam!
Tym razem DOG GAMES były dla mnie, dla nas wyjątkowe. Jeszcze dwa tygodnie temu nie wiedziałam, czy w ogóle Tajga będzie mogła startować i co z jej zdrowiem. Ostatnie 1.5 miesiąca było bardzo nerwowe i dołujące, nie był to czas, który pozwala przygotować się do startu w zawodach. Mimo tego, postanowiłam, że jeśli Tajga będzie zdrowa to startujemy. Wiedziałam, że oprócz dobrej zabawy nie mam co się nastawiać na wyniki. Ta edycja DOG GAMES i tak była w pewnym stopniu naszą małą osobistą wygraną.
Pakowanie
Łatwo nie było. Ja jedna, dwa plecaki, namiot i koc. Bardzo dużym ułatwieniem było podpięcie Tajgi na pas do biegania - dzięki temu miałam wolne ręce!
Komu w drogę, temu... ZTM. Tak, dobrze widzicie. Jesteśmy prawdziwymi hardcorkami i chyba jako jedne z niewielu osób (jeśli nie jedyne) przyjechałyśmy po raz 4 do Kaput komunikacją miejską a nie samochodem. Cóż do odważnych świat należy!
Pogoda. Kiedy o 5 rano zadzwonił budzik a ja otworzyłam oczy i zobaczyłam za oknem mocno bujające się drzewa, których widok potęgował towarzyszący im głośny szum liści i gwizd wiatru miałam ochotę iść spać dalej. Michał zapytał, czy jadę. Wahałam się, ale wiedziałam, że jeśli odpuszczę to będę potem bardzo żałowała.
DOG GAMES to zawody dla prawdziwych twardzieli, nie tylko pogodowych!
Wiał przenikliwy, mroźny i porywisty wiatr, rano trochę padało. Niebo często pokrywały gęste chmury. Nie było łatwo... Bielizna termiczna, softshell, kurtka narciarska, czapka... Co jakiś czas musiałam rozgrzewać zdrętwiałe z zimna dłonie o cieplutkie ciało mojej Tajgi. Zazdroszczę jej, że nie marznie w takich warunkach. Z radością witałam nawet najmniejsze promienie słońca, bo od razu robiło się nieco cieplej i przyjemniej. Tak minęła nam sobota, do domu dotarłam dopiero po 17... W niedziele było lepiej o tyle, że od rana świeciło słońce, ale wiatr wiał nadal. Na szczęście tym razem byłyśmy w domu już po 13. Żałuję, że nie zostałam dłużej i nie widziałam reszty konkurencji, ale autobusy w weekend kursują co 2 godziny... I tak się dziwie, że przeżyłam ten weekend i nawet kataru się nie nabawiłam.
Idąc w niedziele na przystanek w Kaputach takie chmury nas goniły. Po chwili sypał przez chwile intensywny śnieg, ale my akurat dotarłyśmy na przystanek i schroniłyśmy się w wiacie przystankowej. Grzejąc się już w domu kilkakrotnie przechodziły krótkie, ale dość intensywne opady deszczu. Miałyśmy szczęście, że podczas zawodów pogoda się utrzymała.
Problemy z namiotem. Blondynka kupiła namiot - miął sam się rozkładać i szybko oraz łatwo składać... Jak było w praktyce? Podczas rozkładania namiotu w sobotę o mały włos nie porwał mnie wiatr... Nie umiałam go złożyć, liczyłam, że ktoś mi pomoże, bo w końcu na tyle osób ktoś musiał być ogarnięty w temacie. Okazało się, że nawet 2 facetów, których poprosiłam o pomoc i instrukcja, to za mało żeby złożyć namiot, który rzekomo da się poskładać w kilka sekund... No cóż, tym sposobem uciekł nam autobus. Tak poznałam Krzyśka (facet w sile wieku, który ma dwie adoptowane sunie i ma totalnego fioła na ich punkcie! - uwielbiam takich ludzi). Miał podrzucić mi namiot pod dom, potem podwieźć nas pod dom, bo miał po drodze, ale dostał się do finałów Dog Dartbee i tak czekałam. Ostatecznie podrzucił mnie do Warszawy na Górczewską a później podwiózł mi namiot na Wiatrak. W niedziele pojechałam bez namiotu, nie chciałam powtórki z rozrywki! W zeszły roku mój Michał się tym zajmował. Do czerwca muszę wziąć się w garść i ogarnąć samodzielne składanie tego dziadostwa, bo bez namiotu będzie nam ciężko.
Kto jak nie my?! Tym razem podjęłam decyzje, że albo jadę sama z Tajgą albo wcale. Niestety obecność Michała w zeszłym roku bardzo rozpraszała Tajgę. Zamiast skupić się na starcie i łapać dyski rozglądała się, czy Michał nadal stoi tam gdzie stał, czy nie zginął. Rzucała dysk pod moje nogi i biegła w bok lub do tyłu do Michała, przez co traciłyśmy cenny czas w Time Trialu a podczas Dog Dartbee Tajga biegała na pół gwizdka i rzadko próbowała złapać dysk w locie. Nie było mi łatwo zabrać się ze wszystkim plus pies i jechać komunikacją miejską z warszawskiego Grochowa do Kaput, ale postanowiłam, że nie dam się i pojechałam! Nie chciałam też zmarnować szansy jaką dał nam los - po czerniaku póki co nie ma nawet śladu (oprócz maleńkiej blizny na paliczku). Biłam się z myślami. "Czy po zabiegu, który był nieco ponad miesiąc temu powinnam tak obciążać psa"? "Może powinnam teraz już tylko chuchać i dmuchać na Tajgę i trzymać ją w łóżku pod kołdrą nie narażając na wysiłek i stres"? Zachowanie, samopoczucie, energia i nieopisana chęć robienia czegoś jaką widziałam w ostatnich dwóch tygodniach w moim psie zadecydowały jednak, że jedziemy. Wyniki badań są znakomite, lekarze nie widzieli przeciwwskazań, więc dlaczego mam ograniczać psa? Niech używa życia póki może, oby to trwało jak najdłużej! Bez Michała, czyli mojego pomocnika technicznego, tragarza, operatora kamery i wsparcia było momentami ciężko, ale poradziłyśmy sobie!
Cudowna atmosfera. Tu słowa są zbędne - tam trzeba być, inaczej nie zrozumiecie. Znajomi pukali się w głowę, kiedy słyszeli, że jedziemy w taką pogodę zamiast siedzieć w domu. Na fotkach widać słoneczne chwile. A i cała formuła DOG GAMES się zmieniła, impreza przeszła transformacje, pojawiły się nowe konkurencje, ale to zaiteresowani już wiedzą, albo sami odszukają. Ten wpis i tak już ma długość Mody na sukces
Bardzo fajnym rozwiązaniem było ogrodzenie pola startowego banerami z zostawieniem "dziur". Dzięki temu Tajga miała mniejsze opory, że nie wyhamuje i wpadnie na "ścianę", co w zeszłym sezonie było dla niej problemem i biegała na pół gwizdka za frisbee.
Zawody były świetną okazją do dalszego testowania szarpako-smyczy od Siriusa - już na początku maja dowiecie się czy warto ja kupić
WYNIKI
Dog Dartbee: 23/56 3 z 9 złapane w tarczy rzuty dały nam w sumie 70 pkt (30, 10, 30). Zabrakło mi wyczucia podczas silnych porywów wiatru i znosiło mi dysk tuz obok tarczy.
Time Trial: 27/35 z czasem 54.81 w II próbie, to była heroiczna, trochę nerwowa i nierówna walka z wiatrem i z czasem. Cudem ukończyłyśmy tą konkurencje, rzutów było przynajmniej 5 może 6, nie pamiętam - za dużo emocji mi towarzyszyło i byłam skupiona na rzutach, komforcie Tajgi i liniach a nie na liczbie rzutów.
Time Warp [regulamin]: Nasz debiut w tej konkurencji. Bałam się, że nie zdobędziemy żadnych punktów, udało się zaliczyć tylko II strefę, co dało nam 5 pkt i ostatnie 14 miejsce (chyba nie wszyscy zapisani startowali). Centymetry dzieliły nas od zaliczenia III strefy, kilka rzutów było złapanych w II strefie i chyba 2 w III, ale poza środkiem. I strefy nie udało się zaliczyć, bo rzadko ćwiczymy tak bliskie rzuty, no i wiatr płatał nam figle i mimo, że Tajga bardzo się starała złapać każdy rzut, to czasem nie była w stanie przewidzieć, gdzie wiatr zniesie dysk.
Bardzo pomocna była Asia Korbal, która sędziowała Time Warp, jej osoba i rzucane przez nią komentarze motywowały mnie do walki.
Czy czegoś żałuję? NIE! Jasne, że mogło być lepiej, najbardziej brakuje nam obycia z polem startowym, mam problemy z wyczuciem długości rzutów kiedy trzeba trafić w strefę. Wszystko jednak da się poprawić i wypracować. Jedno czego żałuję, to to, że mogłyśmy startować w jeszcze jednej konkurencji, ale bałam się, że się zbłaźnimy.
Na zdjęciu po prawej Tajga w niedziele bacznie obserwowała jak inni ćwiczą rzuty przed Time Warpem. Ona już wiedziała po co tu przyjechała! Moja dzielna psica doskonale wie, że ta tym polu jest świetna zabawa i to tu biega się za dyskami w najlepsze, łapie je i szybciutko oddaje. Jej oczy zdawały się tylko mówić: "Dlaczego to tak krótko trwa? Możemy jeszcze?" albo "Czy mogę pobiec połapać dyski jak inni rzucają?" Niżej nawet jest fotka z miną Tajgi wyrażającą dezaprobatę i fochem, bo jak to tak kilka rzutów i mam grzecznie czekać? Lepiej bym coś porobiła
Jak Tajga się w tym wszystkim odnalazła?
Jestem z niej niezwykle dumna! Nie miałyśmy niczego doszlifowanego, ale i bez tego Tajga dała z siebie maksimum i jak zwykle ratowała mi tyłek swoim talentem i miłością do aportowania frisbee. Tym razem Tajga nie biegała w spowolnionym tempie, nie rozglądała się, nie odpuszczała łapania dysków, była bardzo skupiona i zmotywowana. Jak tak patrzyłam na moją sucz, to odniosłam wrażenie, że było jej mało i najchętniej wyszłaby jeszcze kilka razy na pole startowe, albo pobiegła łapać dyski innych zawodników.
DOG GAMES - kto raz przyjechał i wystartował będzie chciał przyjeżdżać i startować zawsze! Tego nie da się wytłumaczyć. To jest trochę jak narkotyk - wciąga i chcesz więcej, odliczasz dni do kolejnej edycji. Nie liczy się pogoda, żyjesz chwilą. Te chwile są piękne, to dla nich warto żyć! Jednych kręcą gry komputerowe, innych szachy lub leniuchowanie pod kocem - nie rozumiem co w tym fajnego? Tak samo jak mój zawodowo-frisbee bzik nie znajduje zrozumienia wśród przeciętnych ludzi.
Czy już Wam mówiłam, że kocham tego kundliszonka najbardziej na świecie? To teraz już wiecie
Wracamy do domu. Kolejne Dog Games już za dwa miesiące! Jeśli Tajdze zdrowie pozwoli, to ja postaram się poprawić moje rzuty i opanować emocje (tym razem na serio! i oby już nic nie staneło nam na przeszkodzie). Mam nadzieje, że uda się zdobyć więcej punktów, ale najważniejsza jest dobra zabawa i emocje, które temu towarzyszą. Chyba jestem nienormalna albo zdrowo popieprzona!
Pamiętajcie żeby obserwować Waszego psa! To ma być dla niego przyjemne, jeśli widzicie, że się w tym nie odnajduje, to darujcie sobie starty. Tu nie chodzi o Waszą ambicje, czy miejsce na podium. Ty i Twój pies musicie być zgranym teamem i czuć to coś. Jeszcze raz podkreślę to ma być super zabawa, po której będziecie chcieć więcej A wyniki? Fajnie jeśli są dobre, jeszcze fajniej dojść do finałów a o podium każdy skrycie marzy, ale to nie jest najważniejsze. Kto nie próbuje ten nigdy nie wygra. Ja mam ogromną satysfakcję z tego, że mimo tak silnych podmuchów wiatru byłam w stanie oddawać jako takie rzuty i nie miotałam dyskami w kosmos.
Byle do 24-25 czerwca, bo wtedy:
"Kaputy welcome to Tajga mama luz
Frisbee dzikie dawno odkryte
Kaputy welcome to!
Kaputy welcome to sun of Yamaica blue
Polish Barbados i Galapagos
Kaputy welcome to!"
Krótki filmik, na którym możecie usłyszeć jak wiało i zobaczyć pole startowe: