ciasteczka

czwartek, 17 marca 2016

Niespodziewany lęk separacyjny u psa - jak sobie poradziliśmy?

Pewnie nie raz i nie dwa słyszeliście o psim lęku separacyjnym. Nie zamierzam wygłaszać tu wykładów ani dawać złotych rad - tego pełno jest w internecie. Czym jest? To złe znoszenie samotności, niechęć psa do pozostawania samemu w domu lub lęk przed porzuceniem/zostawieniem na zawsze. Jak się objawia? Krótko mówiąc objawia się niszczeniem dosłownie wszystkiego (albo tylko rzeczy najbardziej nami pachnących), szczekaniem i wyciem pod nasza nieobecność. Brzmi znajomo? Zapraszam do poznania naszej historii.
Oba zdjęcia z poprzedniego mieszkania
Jak już wiecie Tajga mieszkała na tymczasie, miała być psem dość uległym, łatwym w prowadzeniu, niewymagającym i bez większego problemu zostającym w domu pod naszą nieobecność (około 3-6 godzin na dobę). Z tego wszystkiego jedynymi perfekcyjnie opanowanymi rzeczami było załatwianie potrzeb fizjologicznych na dworze, nie wchodzenie na łóżko, znajomość podstawowych komend oraz jakże pomocnej "na miejsce".

Co przyniosła rzeczywistość? Przez pierwsze 2-3 dni rzeczywiście pies ideał :) Najgorsze miało dopiero nadejść... Zniszczone kapcie, nadgryziony dywan, dziura wygryziona w poszwie oraz w kołdrze, poobgryzane metki od koca, od koszulek pozostawionych na krześle, gazety porozrywane na drobniutkie strzępy i widoczne "gniazdo" na łóżku - spała na nim pod nasza nieobecność mimo zakazu. Jak na niespełna ośmiomiesięcznego psa to dość klasyczne zachowanie, więc się nie przejmowałam. Sąsiedzi się nie skarżyli. Jakoś 5 dnia u nas zapytałam sąsiadkę, czy nie słychać psa - okazało się, że szczeka i wyje praktycznie ciągle pod naszą nieobecność... Słabo.

Ani ja ani chyba Ewa sie tego nie spodziewałyśmy, nawet była propozycja oddania jej z powrotem na tymczas, ale postanowiłam być twarda i nie poddać się jak większość ludzi. Najbardziej bałam się wizyt Straży Miejskiej i/lub Policji. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło, a sąsiedzi zapierali się, że oni nic nie słyszą albo, że im pies nie przeszkadza "po to jest żeby szczekał" i "nie okradna nas, bo psa słychać" ;)

Na pierwszy ogień poszedł zakup konga - bałwanka, piłeczek, kości, gryzaków gumowych i snurkowych szarpaków oraz... KLATKI KENNELOWEJ. Po złożeniu klatki od razu weszła do środka, obwąchała ją i chciała się położyć na swoim kocu, który tam włożyłam. Przeszkadzał jej w tym hałas metalowej podłogi, która stukała lekko podczas jej ruchów. Podłoga została wyjęta a klatka zaakceptowana - sama chętnie do niej wchodziła i spała. Od tej pory karmienie tylko w klatce. Nawet jak miałam gorszy humor, to Tajga szła do klatki, żeby mi nie przeszkadzać - to był jej azyl, tam czuła się dobrze, była bezpieczna. Mimo, że wiedziałam na czym polega klatkowanie, to na początku było mi szkoda zamykać w niej Tajgę - to jej przejmujące spojrzenie... Dostała szanse. Na czas nieobecności zostawała w małym przedpokoju ze stertą zabawek, gryzaków, kongiem i otwarta klatką, w której miała koc i nasze koszulki na pocieszenie. W posłanie nie inwestowałam, bo koc z dnia na dzień przypominał coraz bardziej ser szwajcarski ;) Jak było? Nijak, kong ja nie interesował, zabawki i cała reszta leżały w takich pozycjach jak jej zostawiłam, a wyć i szczekać zaczynała często, jak byłam na parterze (mieszkaliśmy na 4 piętrze).  Zdarzały się dni, kiedy wokalizowała tylko 15-20 min., ale bywały i takie, że dawała czadu całe 4 godziny... Klamka zapadła i Tajga była klatkowana po tym, jak oderwała i poobgryzała listwę przypodłogową oraz zerwała trochę tapety ze ściany.
robótki Tajgi zębuszki na kszulce tatusia
Zabawa w zamykanie na chwilę, ubieranie się i wychodzenie, aby ją przyzwyczaić do klatki nie bardzo działała - mała spryciula czuła, że nie wychodzimy na dłużej i była cicho. Jak wychodziłam do pracy szczekała i wyła prawie zawsze, Michał miał więcej szczęścia - kiedy on wychodził rzadziej koncertowała. To ze mną Tajga była i jest mocniej związana. to mnie bardziej słucha, ze mną lepiej pracuje. W klatce często był sajgon, niekiedy klatka była przesunięta - pewnie skakała i chciała się wydostać.
"pokoik" Tajgi na co dzień 
Ile to trwało? Jakieś 4 miesiące, po tym okresie sporadycznie wokalizowała pod naszą nieobecność. Sytuacja uległa dużemu pogorszeniu po 4 dniach spędzonych w domowym hotelu dla psów (wyjechaliśmy na festiwal w Jarocinie). Po powrocie Tajga szła ze mną nawet do łazienki, chyba panicznie bała się, że ja porzucimy :( mi pękało serce, co nie ułatwiało sprawy. Uprzedzając komentarze, hotelik był polecony przez zaprzyjaźnioną osobe i sprawdzony. Do tego wszystkiego Tajga miała ciąże urojoną - normalnie extra, wszystko na raz. Wycie i szczekanie powróciło ze zdwojona siłą. Stopniowo wszystko wracało do normy, po jakimś roku od zamieszkania z nami, Tajga zaakceptowała nasze wyjścia. Nawet przeprowadzkę zniosła celująco! Znów trafiliśmy na cudownych sąsiadów, którym ewentualne szczekanie nie przeszkadza.

Powiecie pewnie dlaczego nie behawiorysta? - kasa, duuużaaa kasa i brak gwarancji poprawy sytuacji. Kolejny powód dlaczego nie współpracowaliśmy ze specjalistą? - metody pozytywne, smaczki, smaczki, smaczki... Tajga jest psem, który potrzebuje stanowczości, niekiedy skarcenia i zdominowania - w przeciwnym wypadku, to ona wejdzie człowiekowi na głowę. Wybiegając na przeciw możliwym oskarżeniom - nie, nie znęcam się nad psem :P i wiem, co działa, a co nie działa na mojego psa.

Powiecie, że była znudzona, że miała za mało aktywności? Nic bardziej mylnego! Dużo słyszałam i czytałam, że psa trzeba porządnie zmęczyć przed wyjściem w domu, bo w teorii ma to zagwarantować sen zwierzaka pod naszą nieobecność. W teorii... Tajga okazała się psem z bardzo dobrą kondycją, nie za bardzo męczyły ją 5-10 km spacery lub intensywny aport. Wpadliśmy w błędne koło, wymyślaliśmy coraz to nowe rozrywki, wydłużaliśmy w miare możliwości spacery. Kondycja Tajgi rosła, więź z nami również rosła, a problem nie znikał. Niechcąco i zupełnie przypadkiem zrobiliśmy z naszego psa sportowca-wyczynowca, można rzec cyborga ;) Ale o tym w następnym wpisie!
Na zakończenie dodam, że tylko cierpliwość i wyrozumiali sąsiedzi są w stanie pomóc przetrwać okres lęku separacyjnego u psa i... ŁÓŻKO!!! Tak, tak dokładnie łóżko - dobrze czytacie, a dokładnie spanie psa z nami w łóżku. Tylko UWAGA! - nie próbujcie tego sami w domu ;) bo generalnie zwiększenie bliskości z psem może, ale nie musi nasilić objawy lęku. U nas pomogła mało znana i chyba kontrowersyjna teoria, że pies (tak jak wilki) potrzebuje bliskości ze stadem, musi mieć zapewnione poczucie bezpieczeństwa. A kiedy mają to robić wilki/psy, jeśli nie podczas snu? Powiecie, że to bzdura? - trudno na moja Tajgę działa! Metodę dobiera się do psa, nigdy odwrotnie! Temat psa w łóżku również rozwinę innym razem.
rodzinne nocne łóżeczkowanie, dlatego jakość słaba
Ciekawa jestem, czy Wy też zmagaliście się z tym problemem, może aktualnie się z nim borykacie? Obecnie od +/- półtora roku Tajga widząc, że zbieramy się do wyjścia idzie grzecznie do klatki, kładzie się i oblizuje patrząc w kierunku wiaderka z gryzakami. Mam wrażenie, że to niestety coraz powszechniejsza psia przypadłość.

9 komentarzy:

  1. Na szczęście u nas obyło się jak do tej pory (2 lata z kawalkiem) bez większych przebojów. Przed wyjściem pies dostaje Konga i Bionica a my wychodzimy. Jak Seth był mały to troszkę zniszczył przedpokój w którym zostaje (pod naszą nieobecność nie ma dostępu do reszty mieszkania), ale głównie poobgryzal drwniane szafy i po chwili skończył.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. macie szczęście :) Tajga miała w nosie konga, kule smakule i inne rzeczy, ona chciała nas

      Usuń
  2. Na szczęście u nas obyło się jak do tej pory (2 lata z kawalkiem) bez większych przebojów. Przed wyjściem pies dostaje Konga i Bionica a my wychodzimy. Jak Seth był mały to troszkę zniszczył przedpokój w którym zostaje (pod naszą nieobecność nie ma dostępu do reszty mieszkania), ale głównie poobgryzal drwniane szafy i po chwili skończył.

    OdpowiedzUsuń
  3. Xena miala ładnie zaleczony ale przecenilam jej wytrzymałość i pojechałysmy kierować schroniskiem i mieszkać nad nim. Wydrapala dziurę w ścianie i prawie wylysiala i odmówila jedzenia to wszystko w tydzień potem 3 miesiące dochodziła do siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. biedna :/ lęk separacyjny, to chyba najgorsze, co może spotkać psa i jego opiekunów, pozdrawiamy

      Usuń
  4. U nas bardzo podobna sytuacja.. Pies przygarniety taaaaki grzeczny. Pięknie śpi cała noc, chodzi przy nodze, nie ciągnie na smyczy... Do czasu aż nie doszedł do siebie po przejsciach z okresu przed adopcją. Im mniej się bał tym mniej się słuchał ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak to już bywa, że psy po stabilizacji i zadomowieniu pokazują swoje prawdziwe oblicze, nie zawsze jest ono anielskie :P Najważniejsze to nie poddawać się i próbować pomóc psu. Najgorsze co można zrobić to porzucić psa ponownie jak pojawią się problemy... :/
      Pozdrawiamy!

      Usuń
  5. My walczymy już kolejny miesiąc... Vito wreszcie na 5 min zajmie się kongiem i późnej siedzi w oknie. Wcześniej nic nie ruszył, drapal cały czas drzwi i wyl. Dziś został 30 min sam, po 20 min zaczął wyc ale wracał do okna. Jest też ponad miesiąc na kalmvecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powodzenia! Lęk separacyjny to duży problem i ciężko go u niektórych psów zwalczyć/zaleczyć. U nas KalmVet pomógł w okresie światczeno-sylwestrowym i na pewno do niego wrócimy.

      Pozdrawiamy serdecznie :)

      Usuń

tajgaowczarekmazowieckikelpie.blogspot.com