ciasteczka

sobota, 3 listopada 2018

Przychodzi baba do weterynarza... [negatywy]


Jako opiekunka psa, którego mottem życiowym jest "Tydzień bez weterynarza jest tygodniem straconym", no dobra niech będzie miesiąc ðŸ˜‰ miałam możliwość obserwować sporo dziwnych sytuacji.

Zapraszam dziś na kilka krótkich historyjek z poczekalni/gabinetu weterynarza, które mnie zszokowały. Wiele z nich nie mieści mi się w głowie do dziś. Tajdze chyba też nie patrząc na wyraz jej pyska. 

Przychodzi baba do weterynarza part 1
Wchodzę do lecznicy, jak w większości czeka mnie czekanie w małej poczekalni, gdzie ciężko o komfort oczekiwania dla reaktywnych psów a tam... jeden lub kilka psów biega sobie radośnie po całej poczekalni i zaczepia inne psy i ludzi. Nosz kurna! Co to ma być? Jak tak w ogóle można? Tu są przecież chore psy, psy zestresowane, psy, które może coś boleć lub psiaki po operacji. Nie wspomnę już o tym, że małe, zamknięte pomieszczenie nie sprzyja komfortowemu zawieraniu znajomości. A już na pewno nie psu, z którym przychodzisz na kontrolę po pogryzieniu, czy ogólnie jak masz psiaka, który nie przepada za witaniem się z obcymi, nachalnymi psami. 

Co robisz? Znosisz co cierpliwie, pozwalasz narażać własnego psa, na recepcji oczywiście nerwowo się uśmiechają, ale nikt nie zwróci uwagi, bo nie można się klientowi narazić... 

Co robię ja? Tajga idzie na ręce i jak nie huknę na właścicieli tamtych psów, że co oni sobie wyobrażają i jak tak można?! Efekt natychmiastowy, smycze się znalazły, my w spokoju się rejestrujemy i oczekujemy na nasza kolej, ale obraza reszty bezcenna. Jak już zostajemy same to pani z recepcji mi dziękuje, bo też to się jej nie podobało, ale nie może zwrócić uwagi... Serio? Niby dlaczego? Przecież chodzi tu o dobro i komfort wszystkich pacjentów.

Przychodzi baba do weterynarza part 2
Uf, tym razem wchodzę bez większych problemów - nie ma swobodnie krążących psów. Załatwiam formalności i siadam a wtem... Zaczynają się rozwijać zdające się nigdy nie kończyć flexi i Fafiki próbują doskoczyć do Tajgi z różnymi zamiarami.

Co byście zrobili w takiej sytuacji?

Tajga nie akceptuje takiego bezczelnego zachowania i jeśli moje prośby o ściągnięcie smyczy i trzymania psów krótko nie działają to pozwalam jej pokazać zęby i powiedzieć dobitnie co sądzi o całej tej sprawie. Efekt? Państwo są śmiertelnie obrażeni, że jak to taki agresywny (chyba nigdy nie widzieli agresywnego psa a na psiej komunikacji nie znają się w ogóle) pies przyszedł i ich psy muszą siedzieć spokojnie przy nodze?! Koniec końców mamy spokój od reszty pacjentów. 

Przychodzi baba do weterynarza part 3
Lato, ciepło - drzwi do lecznicy są otwarte, nie ma nikogo w poczekalni. Drzwi od gabinetu uchylone, miałam więc zapukać i wchodzić, bo raczej nikogo nie ma. Wtem wybiega do nas radosny szczeniak z przylegającego do gabinetu szpitala. Super, że jest taki radosny, ale mój pies nie trawi takich rozskakanych szczeniaczków i to jeszcze u weterynarza, kiedy sam jest na smyczy i nie ma możliwości wyjścia z tej sytuacji.

Zasłaniam Tajgę nogami - nie pomaga, biorę ją na ręce i proszę o zabranie psa, jest lepiej, ale nikt się nie kwapi żeby przyjść po psa, drzwi na zewnątrz nadal otwarte, szczeniak ze szwami, opatrunkami i z wenflonem... To się nie powinno zdarzyć! 

Przychodzi baba do weterynarza part 4
Wchodzimy, tym razem bez nerwów i witaczy od progu, siadamy i czekamy aż poproszą nas do gabinetu. W drugim końcu spokojny psiak, na pierwszy rzut oka umie się komunikować, Tajga jest zainteresowana. Wyjątkowo pozwalam im na przywitanie się i jest ok. Za minute pani informuje mnie, że pies ma biegunkę i wymiotuje... Parwo lub inne cholerstwo. Kurde, jak tak można? Powinna mi wcześniej o tym powiedzieć, zwłaszcza, że słyszała, że przyszłam na szczepienie, więc mój pies jest zdrowy.

Dlaczego ludzie są tak bezmyślni i narażają inne psy?

Przychodzi baba do weterynarza part 5
Tajga po jednej wizycie, która była błędem nabawiła się strasznej traumy do igieł i stawiania jej na stole. Nic nie pomaga, ona zapamiętała tamto zdarzenie. Zieje, trochę panikuje, serce jej wali, proszę wetkę żeby zbadała mi psa na podłodze, tak będzie łatwiej. Zamiast podejść ze spokojem i empatią, wzbudzić zaufanie ona... wydziera się na mnie z pretensjami, że jak to się pies tak może bać?! Niestety to było coś pilnego, innych lekarzy brak, kolejna czynna lecznica daleko. Dodam, że Tajga aż tak się nie bała, ale po jej "rozmowie" ze mną obsługa jej była praktycznie niemożliwa


A jakie są Wasze złe doświadczenia z związane z lecznicami weterynaryjnymi? Czy może mieliście szczęście i uniknęliście takich historii z piekła rodem? Koniecznie podzielcie się Waszymi spostrzeżeniami w komentarzach!

Żeby nie było tak pesymistycznie, to w przyszłości będzie podobny post z pozytywnymi historiami ðŸ˜‰

8 komentarzy:

  1. Do ostatniej niedzieli prawie w ogóle z żadnym psem, nie musiałam jeździć do dużych klinik. Zazwyczaj też długo w "naszej" przychodni nie czekaliśmy, zatem obce mi i moim psom były kontakty z takimi miejscami. Ale od niedzieli do środy w klinice byliśmy praktycznie codziennie. Jednego dnia było jakieś apogeum, dużo ludzi i dużo trudnych przypadków. Iggy ma problem z dużym zagęszczeniem osób na małej powierzchni (tylko w budynkach) i co jakiś czas szczeka na przechodzące obok osoby. Jedna Pani, która ewidentnie miała zły dzień obgadywała ze swoją psiapsiółką mojego psa. Że jak tak można, że czemu on szczeka i po co, i że ten pies jest na pewno nienormalny. Bo przecież psy to głównie szczekają tylko jak coś się dzieje. O dziwo nikt z personelu nie zwrócił mi uwagi, że mój pies drze ryja i czasem się rzuca. Potrafią jeszcze z tego żartować, a osoby, które siedzą z nami w poczekalni zagadują i normalnie z nami rozmawiają, dopytując czy coś się mu stało, że taki jest. Jeden facet nawet się śmiał, że jego owczarek niemiecki nie jest taki waleczny co Iggy. Wiem, że nie ma czym się chwalić z zachowania Iggy'ego, ale ja też nie puszczam go samopas po lecznicy, jest zawsze w kagańcu, na smyczy i potrafię go uspokoić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy to są wredni a ciekawe jacy sami mają psy...? Tajga z kolei najchętniej siedziałaby zawsze za biurkiem na recepcji i zbierała głaski. Jak chce z nią poczekać przed lecznicą to piszczy i wokalizuje, bo ona już che do środka :P Taki minus psa, który za dzieciaka mieszkał w lecznicy i wszystkie lecznice kocha o ile nikt igieł nie ma i nic strasznego nie robią ;)

      Oby się łapa jak najszybciej zagoiła! :*

      Usuń
    2. Wetka rzuciła mi, że 4 tygodnie to minimum będzie się goić. Ale minął już 1 tydzień i teoretycznie zostały jeszcze 3. :D
      Ta babka miała kota, więc myślę, że może psów nie lubić tak w ogóle. ;)

      Usuń
    3. Aż miesiąc? o matko, to sobie nieźle rozwalił, u Tajgi wszystko w tydzień się goiło. Ale i nigdy nie trzymałam łapy 24/7 w opatrunku, bo by "zgniła", zawijałam tylko na spacery a tak się wietrzyło i pięknie się goiło.

      Usuń
  2. Moim najgorszym doświadczeniem była niekompetentna wetka, która wychowana na teorii dominacji mojego malamuta, który zbolały warknął przy badaniu, przycisnęła za obrożę do ziemi. W efekcie bujamy się z odwrażliwieniem chwytania za obrożę i przyzwyczajaniem do wizyt u weta, które wcześniej były zupełnie na luzie. Do takiego luzu już pewnie nigdy niestety nie wrócimy. Na plus - teraz uważniej wybieram wetów, którzy lepiej łapią komunikaty psa. Pałętające się po lecznicy szczeniaki zdarzają się niestety całkiem często, nam kompletnie nie przeszkadza to, bo Haker w poczekalni jest psim ideałem. Dopiero w gabinecie się zaczyna ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam doskonale tą Waszą historię z grupy i bardzo Wam współczuję. Niestety czasem bywają sytuacje, że ciężko wybierać weta jak coś się nagle dzieje a lekarz przyjmuje np tylko 2x w tyg :/ albo jak nie koniecznie jest fajny a tylko on ma w lecznicy, gdzie mamy taniej uprawnienia do czipowania i wpisuje od razu dane w system.

      Obyście już mieli tylko dobre doświadczenia!

      Usuń
  3. U nas chyba najgorsze było to jak weterynarz odesłał tkanki z biopsji na badania histopatologiczne, pies zdążył już zdechnąć, bo po czasie się okazało, że "no chyba miała przeżuty na płuca", badania przyszły po angielsku i nikt z całej lecznicy nie raczył nam ich odczytać, albo chociaż dać do ręki. Na zasadzie, skoro zdechła to w sumie po co wam to. A niby lecznica z najlepszą opinią w okolicy, ta...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi przykro z powodu śmierci psa :/ Strasznie nieprofesjonalni i zero empatii, aż trudno w to uwierzyć. Tajga po wycięciu czerniaka łożyska pazura przeszła serie badań i prześwietleń, odpukać udało się nam póki co, oby nie wróciło.
      Pozdrawiamy :)

      Usuń

tajgaowczarekmazowieckikelpie.blogspot.com